Wspomnienia Alojzego Grochowskiego z czasów II Wojny Światowej

Drukuj

grochowskiŻeby cokolwiek napisać o przeżyciach z czasów okupacji niemieckiej, należy niewątpliwie cofnąć się do rozbiorów Polski. Naród polski zamieszkujący tutejsze tereny z utęsknieniem oczekiwał na wyzwolenie spod zaboru pruskiego.

 

Życie na tym obszarze było ciągłą walką o polskość, utrzymanie tradycji i zwyczajów Kaszubów – ludu, który tą część kraju zamieszkiwał. Wreszcie 10 lutego 1920 roku wojska generała Józefa Hallera wyzwoliły tę ziemię. Niedługo mieszkańcy tego regionu czuli się bezpieczni. Hitler, tak jak jego poprzednicy, wprowadza do realizacji starą metodę „Drang nach Osten” (parcie na wschód).

 

Jest rok 1939. Wszyscy czują zbliżającą się wojnę. W szkole nr 1 na Starej Rumi, do której uczęszczałem, wisiała na ścianie plansza ścigacza, którego kadłub miał być zaklejony znaczkami. Za uzyskane w ten sposób z dobrowolnych składek pieniędzy miał zostać zakupiony mały okręt wojenny. Prawie w każdym mieście fundowano ze składek społeczeństwa różnego rodzaju sprzęt wojenny. Były to przeważnie karabiny maszynowe, granatniki oraz działa. Również w Rumi odbyła się uroczystość poświęcenia i przekazania wojsku granatnika. Ceremonia odbyła się na terenie dawnego lotniska w obrębie ulic Czerwonych Kosynierów i Dywizji Wojska Polskiego. Odbyła się tam msza polowa, w której i ja jako ministrant uczestniczyłem. Zapał w obronności naszych granic był tak wielki, że dużo osób zgłaszało się ochotniczo do Marynarki Wojennej jako „żywe torpedy”. Dużo też chciało się wcielić do wojska, lecz dla wszystkich nie wystarczyłoby broni.

 

Patriotyzm i wiara w utrzymaniu niezawisłości Polski była nieprzypadkowa. Duże zasługi w kształtowaniu takiej postawy ludności niewątpliwie należy przypisać kościołowi oraz szkole. Wszystkie święta państwowe były należycie uhonorowane, każda uroczystość państwowa, jak również imieniny Piłsudskiego, były uczczone akademiami oraz nabożeństwami w kościele, po czym odbywała się defilada, w której brały udział wszystkie stowarzyszenia. Również w rodzinach propagowana była miłość do ojczyzny. Tak było i w mojej rodzinie – pradziadek mój był uczestnikiem powstania styczniowego, a ojciec jako ochotnik brał udział w wojnie z bolszewikami.

 

Tuż przed rozpoczęciem II wojny światowej w szkołach odbywały się dodatkowe lekcje na temat obrony przeciwlotniczej. Wykłady dotyczyły szczególnie obrony przeciwgazowej.

 

Obawa przed gazami bojowymi była tak wielka, iż większość ludzi zaopatrywała się w maski przeciwgazowe. Tych, których nie stać było, kupowali maseczki, które nakładało się na nos i usta. Były to kształtem przypominające łódeczki uszyte z materiału i wypełnione sproszkowanym węglem drzewnym. Uważam, iż skuteczność tych maseczek była na pewno wątpliwa. Również piwnice były przystosowane do obrony przeciwgazowej. Wszystkie okna zaryglowane były piaskiem, drzwi zaś uszczelniono kocami i gliną. Czy tak uszczelnione schrony spełniały swoją rolę? Uważam, że nie. Nawet gdyby pomieszczenie to było dostatecznie szczelne i nie przepuszczało gazu, to po krótkim czasie ludzie dusiliby się z braku tlenu.

 

Jest piątek 1 września, godzina 6 rano. Wyrzucają nas z łóżka potworne wstrząsy. Gaz… „Gaz!” – słychać rozpaczliwe głosy. Ojciec niekompletnie ubrany wyskakuje na podwórze. Po chwili wraca mówiąc nam, iż był to tylko dym po wybuchu bomb. Skutkiem tego nalotu było zniszczenie kilkunastu domów oraz śmierć dwóch osób. Lotnisko natomiast zostało nienaruszone. Zastanawiam się zawsze, czy piloci niemieccy byli tak nieudolni i zrzucali bomby około jednego kilometra od celu, jakim miało być lotnisko, czy też celowo bombardowali obiekty cywilne.

 

Agresja na Polskę była starannie przygotowana. Walka prowadzona była nie tylko przez wojsko, ale również przez dywersantów. To oni na zapleczach frontu prowadzili wrogą działalność i wprowadzili panikę wśród ludności, która w popłochu uciekała ze swych domostw tarasując w wielu przypadkach drogi, które służyć miały do przemieszczania wojsk.

 

Również i moja rodzina (z wyjątkiem ojca) uciekła do lasu, aby w ten sposób schronić się przed nalotami. Po spędzonej w lesie nocy przenosimy się do zabudowań pana Riebandta. Tam w stodole spędziliśmy parę dni. Ojciec w tym czasie przebywał w Gdyni, gdzie pracował na kolei i pewny był, iż zostanie zmobilizowany do wojska polskiego. My zaś po paru dniach pobytu w stodole postanowiliśmy wrócić do domu. Jak dzisiaj pamiętam dwie panie, które łamaną polszczyzną namawiały nas do powrotu do lasu. Niestety matka uległa namowom i wróciła do stodoły. Dopiero po paru dniach odszukał nas ojciec i razem wróciliśmy do domu. Prawie codziennie widziane były eskadry samolotów niemieckich lecących w stronę Oksywia. Słaba ochrona przeciwlotnicza pozwalała samolotom tym bezkarnie poruszać się po polskim niebie. Niestety nasze lotnisko w Rumi nie było przez nikogo użytkowane. Wszystkie samoloty, które tutaj stacjonowały jeszcze przed rozpoczęciem wojny zostały ewakuowane. Tylko jeden lub dwa samoloty (jeśli dobrze pamiętam) wystartowały w tym czasie z lotniska.

 

Tak dotrwaliśmy do dziewiątego dnia trwania wojny. Niemcy zaczęli artylerią ostrzeliwać Rumię. Był to znak, iż nieprzyjaciel zbliża się do granic wioski i trzeba schronić się w piwnicy. Rodzice posiadali przy ulicy Sienkiewicza dwa domy. Jeden piętrowy z solidnymi piwnicami oraz domek gospodarczy z prowizorycznymi pomieszczeniami na ziemniaki, do którego wchodziło się przez właz kuchni. Ponieważ wszyscy dorośli mężczyźni zamieszkujący w naszym obejściu odeszli do Gdyni, a pozostały tylko kobiety z dziećmi, nikt nie potrafił doradzić nam, gdzie należy schronić się przed bombardowaniem. Panie rozumowały to po chłopsku. Z mniejszego gruzu łatwiej wyjść na zewnątrz niż z dużego. Dlatego też postanowiły schronić się w piwnicy domu gospodarczego. Tak więc siedzieliśmy stłoczeni w małym schronie wychodząc na zewnątrz tylko w potrzebie. Odgłosy wybuchów pocisków armatnich oraz strzały karabinowe dowodziły, iż Rumia broni się. Najstraszniejsze były noce. Niemcy pociskami zapalającymi wzniecali pożary, aby oświetlić sobie przedpole i tym samym zabezpieczali się przed kontratakami żołnierzy polskich. W ten sposób Niemcy spalili tartak pana Schlasa przy ulicy Starowiejskiej oraz wiele gospodarstw w Starej Rumi.

 

Trzeciego dnia pobytu w piwnicy wyraźnie było słychać głos: „Panie poruczniku, Niemcy nacierają”. „Ognia! Karabiny maszynowe!” – pada komenda. Lecz nie było słychać żadnych strzałów. Widocznie przewaga wojsk niemieckich była tak wielka, że oddział polski musiał się wycofać. Jedna z pań zaciekawiona panującą ciszą wyszła ze schronu i wyjrzała przez okno pokoju. Niebawem wróciła twierdząc, że przy parkanie jest pełno żołnierzy niemieckich. „Nie do wiary!” – odezwała się jej siostra i obie wygramoliły się na zewnątrz, dotarły do okna i żeby lepiej widzieć odchyliły firanki. Trwało to zaledwie kilka sekund, jak obie panie wróciły do nas. Nie zdążyły za sobą zamknąć włazu, gdy rozległ się potężny huk. To Niemcy zauważywszy kogoś w pokoju wrzucili granat ręczny, który uczynił takie zamieszanie. Dopiero po pewnym czasie zdobyliśmy się na odwagę i wyszliśmy z kryjówki. To, co zobaczyłem było przerażające. Drzwi zostały wyrwane z futryny, w oknach nie było szyb, meble były podziurawione przez odłamki granatu, a łóżek, na które upadł granat pozostały szczątki. Tylko dzięki temu, że materace były wypchane niepalącą się trawą morską nie doszło do pożaru. Marny byłby wtedy nasz los, bowiem ze schronu tego nie można było wyjść innym wyjściem.

Niemcy po wkroczeniu do Rumi rozpoczęli ewakuację ludności. Wszyscy, również moja rodzina, zostali wypędzeni do Wejherowa, gdzie rozlokowano nas po różnych magazynach, szopach i strychach. Warunki, w których żyliśmy były potworne. W baraku, który zajmowaliśmy nocowało około 40 osób. Brak było bieżącej wody oraz wszelkich środków do utrzymania higieny. Raz dziennie wydawana zupka była dla nas jedynym ciepłym posiłkiem.

 

Z wielką radością powitaliśmy ojca, który przez ten cały czas przebywał w Gdyni. Według jego relacji Niemcy po wkroczeniu na nasze ziemie aresztowali wszystkich mężczyzn osadzając ich w kościołach lub innych pomieszczeniach. Rodzic mój przetrzymywany był w kościele OO Franciszkanów w Gdyni. Warunkiem zwolnienia z aresztu było nie znajdowanie się na czarnej liście sporządzonej przez agentów III rzeszy jeszcze przed wybuchem wojny. Wystarczała przynależność do organizacji „Związek Zachodni” lub nawet nieprzychylne opinie o Niemcach lub Hitlerze by znaleźć się na owej liście. W ten sposób aresztowano prawie całą inteligencję polską. Aresztowano wszystkich księży z Rumi (oprócz ks. Lamparskiego). Zatrzymano też wszystkich Żydów. Wszystkie aresztowane osoby zostały wywiezione do obozu w Stuthoffie, gdzie zginęli z głodu, chorób i wycieńczenia. Około 12 tysięcy osób, w tym również wójt rumski pan Hipolit Roszczynialski, zostało zamordowanych w Piaśnicy.

 

Ponury był dla mnie i innych widok przemarszu jeńców polskich, obrońców Kępy Oksywskiej. Oznaczało to, iż prysła wszelka nadzieja na pokonanie wojsk niemieckich. Tak więc po dwudziestu latach wolności Polska znów znalazła się w niewoli. Dla wielu oznaczało to śmierć lub w najlepszym przypadku poniewierkę w obozach. Dla młodzieży był to okres niemożliwości kontynuowania nauki w szkołach średnich lub wyższych uczelniach. Wiele rodzin zostało wywiezionych do Generalnej Guberni. Masa osób zmuszana była do prac u niemieckich gospodarzy na terenach III rzeszy. Jedyną nadzieją było to, iż na zachodzie do walki z Niemcami włączyła się Francja i Anglia. To wydarzenie dodawało wszystkim otuchy i nadzieję na szybkie odzyskanie niepodległości.

 

Jako 12 – letni chłopak, rozporządzeniem władz niemieckich zobowiązany zostałem do uczęszczania na lekcje do szkoły niemieckiej. Ponieważ szkoła nr 1 zajęta była przez wojsko niemieckie, zorganizowano tylko dwie klasy dla młodzieży z roczników 1926 – 27. Jedną dla młodzieży znającej język niemiecki, drugą dla tych, którzy mówili tylko po polsku. Do drugiej grupy zapisano również i mnie. W pierwszym okresie uczyliśmy się w starej szkole przy ulicy Świętopełka, drugą zaś klasę umieszczono w domu obok, gdzie obecnie zamieszkują siostry zakonne. W roku 1940 klasy te przeniesiono do kapliczki – to jest do kościoła przy ulicy Świętojańskiej. Utworzono tam dwie sale lekcyjne, kościół zaś przeistoczony został w salę gimnastyczną oraz służył członkom partii hitlerowskiej jako „Pater Hause” (dom partii). Między nami – uczniami z oddziału polskiego a klasą niemiecką często dochodziło do starć. Młodzieży niemieckiej już wówczas wpajano, że są oni rasą panów i wszystko, co polskie należy tępić. Stąd właśnie brała się ta nienawiść. Już na początku Niemcy rozpoczęli walkę ze wszystkim, co polskie. Zacierano wszystkie polskie napisy. Zrywano szyldy z nazwami ulic. Na dworcach kolejowych zmieniono nazwy miejscowości z polskich na niemieckie. Nawet napisy na nagrobkach musiały być usunięte. Najbardziej bulwersująca była sprawa zakazu słuchania przez księży spowiedzi w języku polskim. Za rozmowę po polsku obrywało się lanie. Na drzwiach kawiarń i restauracji Niemcy wywieszali napisy „dla Polaków, Żydów i psów wstęp wzbroniony”. Tylko rasizm hitlerowski mógł człowieka porównać ze zwierzętami. Pamiętam maszerujący ulicami Rumi oddział hitlerowców. Na przedzie tej grupy niesiono flagę hitlerowską. Wszystkim mężczyznom, którzy przechodzili obok i nie zdjęli czapek z głów, względnie nie oddali czci fladze przez podniesienie prawej ręki, hitlerowcy siłą zrzucali nakrycia z głów częstując jednocześnie każdego kopniakami w tyłek.

 

Największym postrachem mieszkańców Rumi był komendant miejscowej policji – Stösser. Człowiek ten strzelał do wszystkiego, co się ruszało. Najbardziej jednak upodobał sobie strzelanie do kur, które wydostały się z obejść i dziobały sobie trawkę po obsianych polach. Oczywiście zabite kury zabierał ze sobą zapewniając sobie i rodzinie darmowe obiady, wiedząc iż nikt z właścicieli zabitych kur nie upomni się o swoją własność. Pan Stösser lubił również strzelać do psów i kotów, które wałęsały się po ulicach. Pamiętam jak strzelał on do uciekającego kota. Wystrzelał wówczas cały magazynek nie robiąc kotu najmniejszej krzywdy. Najbardziej dramatyczny był fakt, iż pan ten był zabójcą dwóch osób, które zastrzelił i nie poniósł za to żadnych konsekwencji.

 

Zdarzały się też rzeczy zabawne. Otóż przed wojną przy ulicy Starowiejskiej vis a vis poczty był zakład fryzjerski, którego właścicielem był pan Bojarski. Pan Bojarski wraz z żoną został wysiedlony do Generalnej Guberni, a dom razem z zakładem przejął volksdeutsch o nazwisku Kozłowski. Jednak nazwisko to nie podobało się panu i zmienił je na bardziej niemieckie – Deutschbock (niemiecki kozioł). Od tej chwili pan Deutschbock nie miał łatwego życia. Wszędzie, gdzie tylko się pokazał biegała za nim młodzież z okrzykiem „Bock! Bock! Bock!”. Prześladowany próbował dogonić rozbawioną dzieciarnię, ale bez skutku. Im więcej mu dokuczano, tym bardziej pan ten się denerwował. W końcu uznał, iż nie jest w stanie pokonać gnębiących go dzieci i dlatego też coraz rzadziej wychodził z domu.

 

Jest marzec 1941 roku. Kończę naukę w szkole podstawowej. Aby nie zostać wywiezionym na przymusowe roboty do Rzeszy, rozpocząłem naukę w zawodzie rymarstwo. Nie był to zawód, o jakim marzyłem. Gdyby nie wojna, byłbym na pewno w tym czasie uczniem drugiej klasy gimnazjalnej. No cóż – i tak byłem zadowolony, że nie wywieziono mnie do Niemiec.

 

I tak upływał czas. Ludzie z utęsknieniem oczekiwali ofensywy wojsk, Niemcy stosują coraz to większe represje. W Obłużu ktoś przypadkowo, albo nawet umyślnie wybił kamieniem szybę w miejscowym posterunku policji. Hitlerowcy czyn ten potraktowali jako zamach na III Rzeszę, a za takie wykroczenie była tylko jedna kara – kara śmierci. Cóż z tego, że nie było winnego. Niemcom wystarczyło wyciągnąć z pobliskich domów dziesięciu polskich chłopców i publicznie ich rozstrzelać. Zwłoki spoczywające na tamtym cmentarzu dobitnie świadczą o hitlerowskiej bezwzględności. Polakom odbierano wszystkie odbiorniki radiowe, a za słuchanie audycji zagranicznych groził obóz koncentracyjny. Wszystko jest racjonowane i rozdawane na kartki. Jest jednak duża różnica w ilościach i asortymencie towarów przydzielanych Niemcom a Polakom. Nam, Polakom, przysługiwały głodowe racje żywnościowe, dlatego też kwitł czarny rynek. Za nielegalny handel również można było znaleźć się w obozie.

 

Tak doczekaliśmy się 1942 roku. Niemcy napadli na Związek radziecki. Wojskom III Rzeszy potrzebni są nasi żołnierze, którzy mieli zasilić armię niemiecką. Wybór padł na tereny wcielone do Niemiec. Zarządzeniem Gauleitera Prus Zachodnich (Pomorze) Forstera wszyscy Polacy zamieszkujące tamte tereny musieli podpisać tzw. III grupę narodowościową. Za odmowę  przyjęcia tej listy grożono represjami i szykanami. Ze względu na nikłe przydziały żywności rodzinom polskim, większość Polaków podpisywała tę listę. Ponieważ w domu było nas sześcioro dzieci, matka moja również podpisała ów nieszczęsny wniosek. Sądziła, iż wojna niedługo się zakończy i tym samym nie grozi mi wcielenie do armii niemieckiej. Tak więc w naszej rodzinie wytworzyła się specyficzna sytuacja. Matka znam i zaliczana była do Niemców z tymczasowym obywatelstwem, a ojciec pozostał Polakiem. Los polskich dzieci, które uczęszczały do niemieckich szkół nie był do pozazdroszczenie. W szkole przy ulicy Kościelnej nauczał nauczyciel o nazwisku Haak. Pan ten słynął ze szczególnej wrogości do Polaków. Ten barbarzyńca bez żadnych powodów potrafił wywołać polskie dziecko i bić trzciną lub linijką po plecach. Na jego widok dzieci dostawały gęsiej skórki. Dzisiaj, po wielu latach, ciągle mam przed oczami te niegodne czyny przedstawiciela niemieckiego (Herrenvolk, narodu panów).

 

Minister lotnictwa niemieckiego Göring na jednym z wystąpień zapewniał Niemców, że żaden z  samolotów nieprzyjacielskich nie przekroczy granic III Rzeszy. Jeśli jednak to się zdarzy, on gotów jest zmienić swoje nazwisko na Meier. Na chwilę tą niedługo musiał czekać, bowiem lotnictwo amerykańskie w dzień, brytyjskie zaś w nocy coraz częściej bombardowało fabryki i miasta  niemieckie. Takie naloty były również przeprowadzone w naszych okolicach. Pewnej nocy lotnictwo brytyjskie zaminowało redę portu gdyńskiego, wskutek czego zatonęła pogłębiarka i inne jednostki pływające. Amerykanie natomiast dokonali bombardowań Gdańska, Gdyni i Rumi. Pamiętam dokładnie pierwsze bombardowanie Rumi przez samoloty amerykańskie. Zdarzyło  się to w pierwszy dzień Świąt Wielkanocnych 1944 roku. Niebo tego dnia było bezchmurne. Ogłoszono alarm przeciwlotniczy. Wszystkie samoloty niemieckie startują i jakby uciekają przed Amerykanami. Ze strony południowej nadlatują eskadry samolotów. Na niebie widać obłoki wybuchów pocisków przeciwlotniczych. Wszyscy chronimy się w piwnicy. Naraz słuchać świst spadających bomb, chwilę potem potężne wstrząsy targają budynkiem. Za chwilę wszystko cichnie. Wychodzę ze schronu i widzę w pobliżu domku duży lej po<wybuchu bomby. Nad lotniskiem unosi się olbrzymi grzyb dymu – zapaliły się zbiorniki z paliwem. Straty wyrządzone przez bombardowanie były znaczne. Dopiero po paru tygodniach przywrócono normalny cykl montażowy. W czasie każdego alarmu przeciwlotniczego można było oglądać żołnierzy niemieckich uciekających w panice przez pola do lasu. Już wówczas można było wnioskować, że wojsko to nie stanowi zwartej i silnej jednostki, a morale wojska daleko odbiegały od ideału. My zaś śpiewaliśmy piosenkę:

 

Dzisiaj w Londynie wesoła nowina,

Tysiąc samolotów leci do Berlina.

Berlin się wali, Hamburg się pali,

Hitler się wścieka, Göring ucieka.

 

Tylko wieści takie pokrzepiają Polaków.

 

Jest czerwiec 1944 roku. Alianci lądują we Francji. Zdawało się, że wojna dobiega końca. Niemcy cofają się na wszelkich frontach. Ja natomiast dostaję powołanie do wojska niemieckiego. O przejściu do partyzantki nie mogłem marzyć. Po pierwsze – trudno było nawiązać kontakt z nielicznymi grupami osób ukrywających się przed prześladowaniem. Po drugie – Niemcy stosowali represje wobec rodzin tych, którzy nie stawili się w jednostce lub osób, które dezerterowały z wojska. Tak więc zmuszony zostałem do wyjazdu do Bawarii i musiałem przywdziać znienawidzony mundur niemiecki. W kwietniu 1945 roku wraz z innymi zostałem wysłany na front włoski i przy pierwszej nadarzającej się okazji uciekłem do niewoli amerykańskiej, skąd po krótkim pobycie wstąpiłem do armii Andersa.

 

Z opowiadań bliskich wyzwolenie Rumi przez żołnierzy radzieckich nie było takie, jak sobie wyobrażano. Ojciec mój przy powstaniu Rosjan pożegnać musiał się z zegarkiem. Zaraz potem popychany bagnetami musiał pierwszy wchodzić do poszczególnych piwnic. W ten sposób nasi wyzwoliciele zabezpieczali się przed ewentualnymi atakami ze strony Niemców. Rabunki, gwałty i podpalenia domostw przez pijanych żołnierzy radzieckich nie mogą nic pozytywnego powiedzieć o tym okresie.

 

Oby nigdy więcej nie powtórzyły się opisane przez mnie wydarzenia.

Don't have an account yet? Register Now!

Sign in to your account